czwartek, 24 września 2020

50


141. „Dlaczego nikt nie widzi, że umieram” Renata Kim

Rozpoznaję je od razu, wszystkie mają ze sobą coś wspólnego. Jakiś rodzaj gorączkowej ekscytacji, gdy opowiadają swoje historie. I łzy, które pojawiają się nagle, a potem już nie przestają płynąć. Żal, że nikt nie rozumie, co im się przydarzyło. Ale przede wszystkim złość, że człowiek, który im te wszystkie straszne rzeczy zrobił, nie poniósł żadnej kary, że chodzi z podniesioną głową i poluje na kolejną ofiarę.

 

Przecież już po pierwszej przykrej sytuacji, kiedy płakały z poczucia krzywdy i upokorzenia, przychodziły im do głowy takie słowa jak narcyz, socjopata, a nawet psychopata. Odpychały je od siebie, nie chciały takich diagnoz. Zwłaszcza że on zaraz potem znowu był czarujący, znowu się starał, łatwo było zapomnieć o tym, co się stało.

 

Bo sprawca nie wypuszcza ofiary z rąk, zbyt mu jest z nią dobrze, zbyt wygodnie, zbyt mu jest potrzebna. Do wykorzystywania, do oszukiwania, do poniżania. Ale przede wszystkim, by mieć poczucie władzy i kontroli.

 

Wszyscy moi bohaterowie mówili jedno: najgorsza w przemocy psychicznej jest samotność. I to, że rozpoznają ją tylko terapeuci i psychiatrzy. Oraz ci, którzy sami taki koszmar przeżyli.

[ale psychologowie już niestety nie! są niedouczeni]

 

To była klasyczna gra w przyciąganie – odpychanie, która jest jednym z najskuteczniejszych mechanizmów manipulacji, silnie wiążącym. Ofiara nigdy nie ma pewności, a manipulator bardzo dba o to, aby nie wiedziała, czego może się spodziewać. Dziś jest cudownie (bliskość, zaufanie, ciekawe rozmowy, wspólnota poglądów, uwodzenie), a zaraz potem zimno i daleko (brak czasu, obojętność). Taka huśtawka nadziei i rozczarowania oparta jest na mechanizmie nieregularnych wzmocnień. Dlatego mocno trzyma, bo pozwala ofierze pozostawać w nadziei, że może następnym razem znów będzie dobrze i ciepło.

 

Ze sprawcami przemocy się nie mediuje.

 

Ale prędzej czy później zaczyna się koszmar. Toksyczny człowiek zaczyna wysysać z ciebie życie, odbiera ci wszystko, co w sobie ceniłaś, z czego byłaś dumna. Zaczyna cię niszczyć. Spalać. Pożerać. I ani przez chwilę nie zastanawia się nad twoimi uczuciami.

Toksyczny człowiek stosuje przemoc psychiczną. Doprowadza cię do wyczerpania, łamie serce. I ekscytuje się, patrząc, jak cierpisz. To przerażające, wiem, ale tacy ludzie naprawdę istnieją. I udają, że chcą cię uratować przed złym światem. Tymczasem chodzi im wyłącznie o to, by z uśmiechem patrzeć, jak toniesz.

Robert M. Drake, amerykański pisarz i poeta

 

Pamiętam, jak po raz pierwszy usłyszałem, że chyba mam coś z głową, powinienem iść do psychiatry i zacząć się leczyć, na pewno brakuje mi jakiegoś pierwiastka w mózgu. Prozac dostanę i wszystko będzie dobrze.

[Dżizas, czy on był związany z moją matką, czy oni wszyscy wymyślają te same śpiewki dla swoich ofiar?!]

 

Przegrała pani kiedyś walkę o zdrowie pacjentki, bo manipulator okazał się silniejszy?

          Tak. Bo kiedy po terapii ofiara zaczyna stawiać granice, to manipulator widzi zmianę i nie jest nią zachwycony, więc zaczyna tak działać, by nie dopuszczać do dalszej przemiany. Obraża terapeutę, mówi, że nagadał głupot i chce coś zmieniać w związku, w którym wszystko jest dobrze.

 

A czy oni wiedzą, że mają problem?

          Nie widzą błędów w sobie, to raczej cały świat jest zły. Nie dopuszczają tego do siebie, nie biorą w ogóle odpowiedzialności za swoje czyny. Natomiast sfera intelektualna i poznawcza nie jest u nich zaburzona, więc jeśli taki człowiek dostanie przed nos kryteria zaburzenia, to będzie wiedział, że je spełnia. Ludzie chcą siebie widzieć jako dobrych, więc manipulator zrobi wszystko, by siebie wybielić, a wmówić ofierze, że to jej wina, to ona zrobiła coś złego i zasłużyła na karę. Jeśli trafią na osobę z niskim poczuciem wartości, ułatwi im zadanie, bo będzie najpierw szukać winy w sobie.

 

Nazywałam to robieniem wody z mózgu. Ja jestem bardzo uporządkowana, niczego nie gubię, wiem, gdzie co w domu leży, ale odkąd on się do mnie wprowadził, rzeczy zaczęły ginąć. Szukałam ich, czasem nawet prosiłam mamę o pomoc. A one nagle pojawiały się w zupełnie innym miejscu. Albo w takim, które przeszukałam już sto razy. A on wtedy mówił: przecież to zawsze tutaj było, widziałem. Triumfował: no widzisz, jaka ty jesteś roztargniona. A może coś z tobą jest nie tak? Może masz jakieś zaburzenia? – opowiada czterdziestopięcioletnia Agnieszka, wykładowca uniwersytecki z Warszawy.

[to samo robiła matka, kiedy się włamywała, jak byłam w szpitalu!]

Bo słowa to było jedno, a czyny drugie. Zapewniał o miłości, a robił coś zupełnie innego, zwyczajnie mnie dręczył. Właśnie po to, żebym nie polegała na swoim rozumie, robił te różne manipulacje z rzeczami w mieszkaniu. Żebym samej sobie nie wierzyła – wspomina. Tamta historia zdarzyła się kilka lat temu, a ona wciąż się trzęsie, kiedy ją opowiada.

 

Bo gdybym była bombardowana wyłącznie negatywnymi bodźcami, szybko bym uciekła. A przecież kat nie może do tego dopuścić, ma z ofiary wymierne korzyści, nie chce z nich zrezygnować. Dlatego po awanturze musi ją znowu zanęcić, rybka musi być znowu złapana.

 

Zrobiła za to jedną mądrą – jak dziś ocenia – rzecz: zaczęła zbierać informacje o przemocy psychicznej, czytała literaturę fachową, uczyła się.

          Szybko dowiedziałam się, że to na pewno nie była miłość. Bo miłość opiera się na szacunku, na zaufaniu, a u nas nie było o tym mowy. Ja byłam popychana, szturchana, wyzywana, opluwana, kontrolowana, zamykana w domu w pomieszczeniach bez światła, pilnowana. Nie liczono się z moim zdaniem – wylicza monotonnie.

 

Kim jest narcystyczny psychopata?

Andrzej Cichocki: To zwykle osoba inteligentna, bardzo elokwentna, o dużym uroku osobistym, co oczywiście powoduje, że łatwo nawiązuje kontakty. Zawsze musi brylować i być na pierwszym planie. Takie osoby zawsze mają zawyżoną samoocenę – ale tę cechę nie zawsze rozpoznajemy od początku, z reguły potrzebujemy trochę czasu. Taki człowiek z łatwością kłamie i manipuluje innymi, oczywiście bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Nie potrafi odczuwać emocji innych osób, ma zerową empatię. Jest impulsywny i słabo kontroluje emocje. Dla psychopaty nie istnieją żadne autorytety poza nim samym, nie przestrzega żadnych reguł. Potrzebuje adrenaliny i agresji – to między innymi go napędza. No i nie czuje żadnej odpowiedzialności za swoje reakcje, czyny. Liczy się tylko on.

 

Strach psychopaty przed ujawnieniem tego, kim w rzeczywistości jest, staje się tak silny, że zrobi wszystko, żeby więzień pozostał więźniem.

 

Czego psychopata chce od swojej ofiary?

            Całkowitej uwagi. Posłuszeństwa – jest przecież panem i władcą rzeczy i osób. Dąży do rozbicia jej wewnętrznego spokoju – ofiara zaczyna wątpić w siebie, jest zdezorientowana, aż w końcu traci całkowicie zaufanie do samej siebie. Psychopata chce też toksycznego zaufania – to daje mu kontrolę nad myślami, decyzjami i zachowaniami ofiary (...).

 

A dlaczego sprawca tak bardzo nie chce wypuścić swojej ofiary z rąk?

          A kto wtedy dawałby mu poczucie władzy i wszechmocy? Panowania nad ofiarą? Kto miałby tę rolę pełnić? Ofiara przemocy jest dla sprawcy bardzo ważnym elementem jego życia. Nikt inny poza nią nie podporządkował mu się tak bardzo. To go żywi. On na swój sposób jest bardzo mocno związany z ofiarą. Nie może dopuścić myśli, że ktoś, kogo udało mu się spacyfikować i podporządkować sobie, nagle staje się niezależny. Poza tym, gdyby ofiara odeszła, miałby poczucie klęski, czułby się pokonany. Czułby, że go przerosła, że jest silniejsza od niego, a on nie może przecież do tego dopuścić. Nie wiadomo, czy będzie w stanie tak zdominować kolejną osobę. Dlatego zrobi wszystko, żeby ofiarę przy sobie zatrzymać. To, że ją zdradza, bije, okazuje niechęć i brak szacunku, że ją poniża, to są mechanizmy władzy. Dzięki nim ma wrażenie, że kontroluje sytuację. Szkoda by było to wszystko stracić.

 

Rzuciłam się nawet na DSM IV, amerykańską klasyfikację zaburzeń psychicznych, i znalazłam opis osobowości narcystycznej. Pisano, że taki człowiek ma wyolbrzymione wyobrażenie o swojej ważności. Jest pochłonięty urojeniami o nieograniczonym sukcesie i władzy, sądzi, że jest jedyny w swoim rodzaju, cierpi na nadmierną potrzebę podziwu. Uważa, że wszystko mu się należy, wykorzystuje innych w relacjach interpersonalnych. Nie odczuwa empatii, za to często czuje zazdrość. I jest arogancki.

 

 

Te cytaty powyżej to tylko część prawdy. Część tego, z czym muszą się mierzyć ofiary przemocy. Zobaczcie, że jak już ktoś się zdecydował o tym pisać, to dzieli ofiary na te lepsze - które doświadczyły przemocy na własne życzenie, wiążąc się z przemocowcami, i te gorsze, które nie są niczemu winne, z nikim się nie związały, te, które przemocowiec urodził i wychował, te które są ciężko chore, niepełnosprawne i fizycznie nie mają jak uciec od przemocowej matki, choćby chciały. To te, o których nie warto wspominać. Bo one nie chcą być ofiarami, bo dokonują transgresji, uciekając cudem od przemocowych matek, bo nie rozumieją, jak sprawne kobiety mogą chcieć być z przemocowcami, bo nie mają poczucia winy, nigdy się na tę przemoc przecież nie zgadzały, tylko nikt im nie pomógł. O nich się nie mówi, bo ci, którzy już mówią o przemocy, też należą do tych, którzy nic nie zrobili, nie pomogli im? 

 

Powszechnie widzi się jedynie przemoc partnera wobec sprawnej partnerki, choć do związku potrzeba chęci z obu stron. Nie mówi się o przymusowych relacjach, w których matki rodzą sobie ofiary, z którymi mogą robić, co zechcą, szczególnie jeśli te ofiary są niepełnosprawne i nie mają fizycznej możliwości, żeby się jakkolwiek bronić czy zwyczajnie wyjść z domu i nie wrócić. 

 

Ponad 80% ON doświadcza przemocy od swoich rodzin, głównie od matek. 

 

Jak ofiara fizycznie zależna od przemocowca ma od niego uciec? Jak ma zejść ze schodów, kiedy nie ma windy? Jak ma się sama podnieść z łóżka? Co ma zrobić, kiedy państwo dodatkowo sankcjonuje tę przemoc, płacąc za nią przemocowcowi zasiłkiem pielęgnacyjnym i nie kontroluje sytuacji?!

 

Ofiara sprawna może w każdej chwili zrobić to, o czym ofiara niesprawna może jedynie marzyć. Ofiara sprawna ma wybór przez całą dobę. Mało tego, może jeszcze pomóc jakiejś innej ofierze. I często nie robi tego. Jeśli tak będzie się przedstawiać ofiary przemocy, to jak można liczyć na jakiekolwiek wsparcie?! To zrobi więcej szkody niż pożytku. Te dziwne opisy brzmiały jak z Greya, nawet stylistycznie, jak zmyślone teksty harlekinów. Taka stylistyka ośmiesza ofiary przemocy. TAK NIE WYGLĄDA PRZEMOC!

 

Bardzo jednostronny obraz „ofiary”. W tej książce to zawsze sprawny, entecki partner bądź partnerka, czyli akurat osoby najmniej narażone na przemoc i jednocześnie takie, którym najłatwiej po prostu wyjść z domu i z relacji przemocowej. Takie, które mają dużo siły i chęci, żeby znosić przemoc, a nie takie, które nie są w stanie albo które od początku protestują i nie zgadzają się na przemoc. Ofiary, które nie mają żadnej możliwości obrony, są tu całkowicie pominięte. 

 

Jeszcze jedno: autyzm nie tłumaczy przemocy! Przemoc nie jest objawem autyzmu ani ZA! Jak psycholog może takie farmazony wypisywać?!

 

Najciekawsze są wywiady z ekspertami - ludźmi znającymi się na przemocy psychicznej, aczkolwiek też są stronnicze i tak jak wyżej napisałam, widzą jedynie przemoc w związkach miłosnych. To przykre, że najbardziej poszkodowanych się znowu wyklucza. 

 

Nie rozumiem sensu wstawiania do tej książki relacji osób, które same okazały się przemocowe, jak np. Alicja, która zastosowała przemoc ekonomiczną wobec skrzywdzonych kobiet. Po co udawała ofiarę? To było podłe. 

 

przez te pół roku

142. „Zdrój” Barbara Klicka

Krótka opowieść o pobycie młodej kobiety w sanatorium. Sanatoryjne schematy, w których nie można się odnaleźć. Strumień świadomości prawie jak u Bernharda. :)

 "Nie ma podjazdu. Tylko schody i dźwig dla wózków inwalidzkich. Żeby go uruchomić, trzeba iść do recepcji, po schodach, poprosić kogoś, żeby się pofatygował".


143. „Skazani na ciszę” David Lodge 

Powieść akademicka o profesorze lingwistyki, który ma problemy ze słuchem. Chwilami zabawnie, jak to u Lodge’a, ale sama postać mnie mocno dziwi. Zamiast uczciwie powiedzieć rozmówcy, że niedosłyszy, profesor okłamuje każdego rozmówcę, i to nie tylko w sprawie niedosłuchu, ale w każdym temacie, jaki porusza w rozmowie! Swoim zachowaniem - a nie niedosłuchem - powoduje różne sytuacje niekomfortowe albo wręcz niebezpieczne dla innych, bo zamiast dopytać, jeśli czegoś nie wie, dopowiada sobie jakieś zmyślne urojenia. Dlaczego NT, jak już muszą sobie dopowiadać te bzdury i zmyślać, nie zmyślą prawdy albo chociaż czegoś, co się o nią ociera, tylko wymyślają najbardziej absurdalne domysły??

W tej powieści nie ma ani jednego porządnego bohatera, którego można by polubić. Bohater-narrator - oszukuje ludzi jak NT. Ojciec bohatera to psychopata, który nie chce się leczyć, za to chętnie jest podły, wulgarny i zatruwa innym życie. Studentka bohatera - kolejna psychopatka niszcząca innym życie. Żona bohatera - nabiera się na psychopatyczny czar studentki.

Mądrych psów się nie tresuje, tylko trenuje albo uczy! A w książce mowa jest właśnie o tych 30% najinteligentniejszych psów, które zostają pomocnikami dla niepełnosprawnych, niewidomych i niesłyszących!

„Język jest tym, co stanowi o naszym człowieczeństwie, co odróżnia nas od zwierząt z jednej strony i maszyn z drugiej, co sprawia, że jesteśmy istotami świadomymi, zdolnymi do tworzenia sztuki, nauki, całej cywilizacji. Jest kluczem do zrozumienia wszystkiego”.

 

144. “Przeżyć” Elisabeth Revol

Revol opisuje okoliczności zdobycia Nangi i śmierci Tomka Mackiewicza. Nawet sobie nie wyobrażam, co czuła, a właściwie to na co on ją naraził. Opis jest dramatyczny! I znowu widać wyższość piszących kobiet nad facetami - to się czyta z wypiekami! Żaden wspinacz nie umie tak pisać.

Ta książka pokazuje, jak skrajnie Tomek był nieprzygotowany na tę wspinaczkę. Gdzie miał gogle, zapasowe rękawice, apteczkę, leki?? To zaowocowało śnieżną ślepotą, odmrożeniami rąk i obrzękiem płuc - to była śmierć samobójcza! Zrobił to z premedytacją. Ale po co dodatkowo narażał Elisabeth?! Ona jest niską, lekką, delikatną kobietą przy nim, to on powinien jej pomagać, a nie jeszcze się na nią zwalać! Nigdy nie miała szans go sprowadzić po poręczówkach, nawet Adam i Denis by tego nie byli w stanie zrobić.

Mackiewicz był na tej górze 4 razy! Myślę, że po prostu postawił wszystko na jedną kartę, był gotów umrzeć, byle tylko na nią wejść.


„Tomek sprawia wrażenie, jakby nigdy nie marzł, często nie wkłada porządnej czapki ani rękawic. Ja jestem trochę zmarzluchem, ubieram się na cebulkę, potrzebuję większego komfortu.

Tomek lubi iść sobie powoli, stawia nierówne kroki. Ja natomiast lubię prędkość, chodzę w nerwowym, ciągłym rytmie. Przed wyruszeniem na wyprawę Tomek trenuje bardzo mało. „Po jakie licho miałbym się męczyć bieganiem?” – śmiał się nieraz. Na dodatek lubi palić. W tym roku posłuchał mnie po raz pierwszy: w domu w Irlandii wieczorem po pracy trenował i, co najważniejsze, rzucił palenie.

Ja jestem inna, nie zdaję się na przypadek – wszystko przygotowuję, kalkuluję, ćwiczę jak zawodowy sportowiec, wypracowuję zasady bezpieczeństwa.

No właśnie – różnimy się też zdecydowanie podejściem do bezpieczeństwa wypraw. Tomek wierzy, że poprowadzi nas Fairy. Ja muszę wszystko obliczyć, przestudiować trasę, zwizualizować ją sobie przed wyjściem. Jednak gdy już jestem w drodze, mam ogromne zaufanie do własnej intuicji. Wyczuwam, którędy ma przebiegać nasza trasa, jak się poruszać we mgle, w lodowym labiryncie. Dostrzegam i zapamiętuję szczegóły rzeźby terenu, jestem w stanie odtworzyć moje kroki nawet w ciemnościach czy we mgle. W naszym zespole to ja najczęściej jestem z przodu, toruję drogę, lubię szukać przejścia lub je przewidywać. Nigdy nie czuję się zagubiona, rzadko się boję – bo przecież wcześniej przeanalizowałam wszystkie możliwości „ucieczki”, czyli zejścia przed zdobyciem szczytu, bo wyznaczyłam sobie maksymalną liczbę dni, które mogę spędzić na górze, bo obliczyłam, uwzględniając siłę wiatru, czas potrzebny na wejście i zejście.

Tomek nie zawraca sobie głowy prognozą pogody – po co się tym stresować, przecież czuwa nad nim Fairy. Porusza się w zgodzie z rytmem góry – jak mówi. Ja muszę znać prognozy z wyprzedzeniem, żeby planować przyszłość. On wie, że jest w stanie spędzić kilka dni na wysokości, do czasu aż się wypogodzi i będzie można podjąć wyprawę, medytując, żeby wydobyć z głębi siebie ukryte moce. Czuje, że jest w stanie stawić czoło burzy, ukryć się w lodowej jaskini, poczekać, aż wiatr się uspokoi – już tak robił. Ja wręcz przeciwnie, absolutnie potrzebuję prognozy, którą Jean-Christophe lub Ludo wysyłają mi codziennie, w przeciwnym razie robię się niespokojna. Myśl, że mogłabym z powodu złej pogody, piekielnych wiatrów utknąć na wysokości ponad sześciu tysięcy metrów, nad serakiem, po prostu mnie przeraża. Kiblowanie na dużych wysokościach wiąże się zresztą z niepotrzebnym ryzykiem, utratą siły i energii. Zawsze staram się jak najdłużej zachować na górze energię i trzymać tempo, żeby – gdy zła pogoda przeszkodzi mi przy pierwszym podejściu – móc szybko wznowić akcję. Różni nas też stosunek do kontaktu z naszymi bliskimi podczas wyprawy. Co dzień powiadamiam Jeana-Christophe’a, mojego męża, co się dzieje. Przed wyjazdem wspólnie ustaliliśmy taki modus operandi i dla dobra nas obojga skrupulatnie tego zobowiązania przestrzegam. Żeby móc się komunikować, zabrałam telefon satelitarny Thuraya, który musiałam zostawić w bazie, a także inReacha – komunikator i lokalizator GPS. To niedrogie urządzenia. Nie mam za to podczas wyprawy połączenia z internetem, umyślnie, żeby się odciąć od świata. Dzisiejsze nieustanne podłączenie wszystkich do sieci sprawia, że wbrew własnej woli jestem przesycona informacjami. Lubię się odłączyć od aktualnych wiadomości, od biegu świata, pobyć sam na sam z górami.

Tomek nie wziął żadnego urządzenia pozwalającego się komunikować. Telefon Thuraya, który miał podczas wyprawy w 2016 roku, zepsuł się po powrocie i tak już zostało. Tomek nie wysyła więc wiadomości swojej żonie Annie i upiera się, że to żaden problem. Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Dlaczego zostawia Annę w takiej niepewności? Jego zdaniem to sposób na to, żeby ją chronić, właśnie z miłości nie chce wciągać jej w problemy, które ma na górze. Ja widzę to zupełnie inaczej. Gdybym nie odzywała się do męża, naraziłbym go na udrękę – czekałby, nic nie wiedząc, w wyobraźni tworząc najgorsze scenariusze. Na szczęście Anna jest w stałym kontakcie z Jeanem-Christophe’em, który natychmiast przekazuje jej wiadomości ode mnie!

Poza tym Tomek jest wręcz opętany przez legendę czy mit Fairy. Wydaje mu się, że podczas wypraw na Nangę porozumiewa się z tym górskim bóstwem. Kiedy tylko ma jakieś wątpliwości, uprzedza: „Porozmawiam z Fairy” – i oddala się na pewien czas. Potem wraca i mówi: „Zrobimy to a to, przejdziemy taką czy inną drogą”.

 

„To bóstwo albo cię akceptuje, albo odrzuca. Jeśli zobaczysz oblicze Fairy we śnie, to znaczy, że umrzesz na górze!”. Tak opowiadają mieszkańcy dolin wokół Nanga Parbat. Kiedy zrelacjonował mi tę historię, pomyślałam tylko: „No dobrze, średniowieczna legenda”. Ale Tomek w nią wierzy, zapewnia mnie, że Fairy przemawia do niego w snach, że jest jego przewodniczką”.

 

„Koniuszek każdego schowanego w rękawiczce palca pokrywa lodowa kapsułka. Nie mam już żadnych zapasowych rękawiczek. Wszystko zostawiłam Tomkowi. Gdyby zabrał ze sobą przynajmniej parę zapasowych rękawic, nie zamarzałyby mi teraz dłonie! Jak mnie wkurza w tej chwili ta borderline’owa strona jego osobowości”.

 

Książka nie wyjaśnia wszystkiego. Revol nie pisze, dlaczego tak długo czekała, zanim zaczęła schodzić, i dlaczego nagle przerwała schodzenie. Oraz dlaczego zdjęła jeden but?! Sam przecież nie spadł!

 

145. „Pokrzyk” Katarzyna Puzyńska

Uwielbiam ten cykl, ale to już przesada, że nawet w bardzo lekkim kryminałku rozrywkowym musi być co najmniej z 5 trupów, żeby była rozrywka. Naprawdę nie wystarczy jedna ciekawa, nieodgadniona zagadka? I dlaczego w tym tomie znowu wszystkie kobiety, poza Klementyną, są beznadziejne?

 

146. "Niedaleko pada trup od denata" Iwona Banach

Dżizas, Iwonka, jak Ty to robisz?! Sypiesz zabawnymi pomysłami jak z rękawa, a do tego te książki są świetnie napisane! Nie zdaniami pojedynczymi i równoważnikami, jak np. u Puzyńskiej. :D Lubię ten rodzaj absurdu jak u Chmielewskiej, jest dla mnie źródłem radości. :) I parę sensownych kobiet też się tu znajdzie, a ostatnio mi ich brakowało. Nie mówię oczywiście o demonicznych moherach. :D

 

147. "Życie od A do Z" Katarzyna Miller

Bardzo lubię książki Miller, najbardziej te z rozmowami, ale takie krótkie tekściki jej samej też. Tę już czytałam, ale nadarzyła się okazja - książka przyszła z biblio - więc z przyjemnością jeszcze raz ją przeczytałam. :)

 

148. "Głodnemu trup na myśli" Iwona Banach

Mam nadzieję, że to będzie długi cykl, bohaterowie tej książki są obłędni, łącznie z Myszką i psem Rafaelem. :D I to właśnie to sprawia (między innymi), że kocham książki Iwony, mimo że stosuje tricki, których w kryminałach nie znoszę - w I i II tomie nie dało się spekulować i domyślać, kto morduje, bo morderca nie występował w ogóle w książce (tak, zabił ktoś, kto się nie pojawił ani razu!), w II tomie dodatkowo są 2 Idalie, zamiast jednej, ale czytelnik o tym nie wie, bo przez całą książkę Idalia nazywana jest Niką.

 

No nie, obrożą na kleszcze nie da się zabić! One są delikatne, nie można nawet zapiąć mocno, bo zaraz pękają! Psa za nią też nie można złapać. Nie da się kogoś nią udusić!

Introwertyczki w większości statystycznie są wewnątrzsterowne, więc żadne matki i babcie im niczego nie wmówią! To ekstrawertycy są zewnątrzsterowni!

 

"padła na chodnik, zdzierając z niego do połowy kurtkę" - zdzierając kurtkę z chodnika?!

 

149. "Umorzenie" Remigiusz Mróz

Mając stalkującą matkę, próbującą mną manipulować i nieustannie podżegać do samobójstwa, ucieszyłam się, że taki temat będzie poruszany w tej książce. Normalnie tacy podżegacze są ignorowani przez policję i sądy, wszystko uchodzi im na sucho jak matce. A tu Chyłka doprowadziła do skazania bandyty! Cudownie! Co prawda zastanawiam się, jak w ogóle można ulegać takim manipulantom, podżegaczom, bandytom - no jak?! Przecież nie faszerują nas żadnymi lekami, które odbierałyby nam poczytalność. Nie wyobrażam sobie, żebym nie odpowiadała za jakiekolwiek zbrodnie tylko dlatego, że mam taką matkę! No ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Wiem, że Chyłka wyzdrowieje, bo widzę, że są kolejne tomy cyklu, więc ten wątek mnie wkurzył. I nadal wkurza mnie Zordon, który notorycznie zachowuje się jak bachor - jakim cudem przez tyle lat nie dorasta?!

 

150. "Wyrok" Remigiusz Mróz 

151. "Ekstradycja" Remigiusz Mróz 

152. "Precedens" Remigiusz Mróz 

 Wadryś-Hansen znowu oskarża niewinną osobę, co za menda! Jakim cudem w ogóle nie wywalili jej z pracy po tym, co odwaliła w innym cyklu, po ukrywaniu bandyty, mordercy, latami?!

Tatulek gwałciciel jest chyba jeszcze gorszy!

 

W obu tomach Mróz ustami Kordiana podkreśla, że prawnika nie interesuje, czy klient jest winny, bo w obu przypadkach działałby tak samo. To obrzydliwe. Przecież to właśnie jest podstawa! Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien się dobrowolnie zgadzać na obronę winnego! Zordon broni morderców i tkwi z związku sado-mas z Chyłką: ona sado, on maso. Co to za człowiek? Z dwojga złego w swoim otoczeniu wolałabym mieć Chyłkę, jest przynajmniej jasna i przewidywalna, wbrew temu, co autor chce, żeby czytelnicy o niej myśleli.

 

na Netflixie? Znowu?! Szczerbixie?! Będzie potrafił (w obu tomach!) - znowu?! Na litość boską, jak można non stop wtryniać te same byki?! I co Mróz musiał zrobić korektorom, żeby się powstrzymali przed poprawianiem?!

wszczną?! To forma dawna i według RJP już jej nie używamy! http://rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1017:qwszczq-w-czasie-przyszym&catid=44&Itemid=145

W każdym tomie różne postacie mówią "A ja wiem?"

 

Xanax nie wyłącza emocji! Ani tym bardziej empatii!! Co to za bzdury autor wymyśla?! Nie robi researchu nawet w sprawach, które powinien sam wiedzieć bez sprawdzania.

Poczta z kolei NIE wyda żadnej przesyłki osobie nieupoważnionej, za skarby świata! Nie wydaje przecież opiekunkom, które mają upoważnienie imienne, i to napisane ręcznie przez upoważniającego albo wydrukowane z ich własnej strony!

 

Tropy: Ferdinand von Schirach

 

153. "Małe Licho i lato z diabłem" Marta Kisiel

Uwielbiam ten cykl! Uwielbiam go, mimo że Licha i Bożka nie da się lubić. Bożek ma takie fajne imię, fajnego ojca, fajne pochodzenie i wychowanie, fajną rodzinę - skąd się wziął taki niefajny? Bazyl odwrotnie. :)

 

Jekiełłek się odmienia! Bożydarze Antoni Jekiełłku!!

 

154. "Ogród świateł" Anna Klejzerowicz

Gnie cała 6-osobowa rodzina, morderca zbiegł. To kopia wydarzeń sprzed laty. Sama historia jak zwykle u Ani bardzo ciekawa, nie wiem, skąd ma takie pomysły! Ale wykonanie - też jak zwykle - mam wrażenie, że kuleje. Nie lubię stosowania technik uniemożliwiających domyślanie się, kto zabił, a Ania takich nagminnie używa. Morderca nie jest bohaterem książki, więc nie można samodzielnie rozwikłać zagadki, co jest przecież sensem kryminału. Pojawia się na końcu i... po prostu opisuje całą historię.

 

dzi-ało, mi-asteczku, prz-elecieć, chci-ała, szk-lanka, rozc-zochrana, tk-wili - tego rodzaju przeniesienia na każdej stronie po kilka razy. Tego składacza wydawca powinien dawno zwolnić i jeszcze jakąś karę nałożyć za zniszczenie pracy korektora i redaktora.

 

nie będzie potrafiła - co to za durna moda jakaś?!

z wielkiej litery

 

155. "Osiedle odmieńców" Anna Klejzerowicz

Ania chyba lubi mordować całe rodziny, bo to już 3. raz z rzędu, jak ginie cała rodzina. Za każdym razem to się odbywa inaczej - jedna była wyrżnięta, druga zastrzelona, trzecia spalona żywcem. Ale mi się to podoba. :P Lubię jej kryminałki. I fajnie, że bandytów spotyka to, co powinno, a nie sanatorium na koszt podatników.

 

Aczkolwiek w tym tomie jakoś dziwnie utrwala stereotypy. Przecież to nieprawda, że jak ktoś chce się zabić, to o tym nie mówi! Przeciwnie! Ponad 80% samobójców mówi wcześniej o tym zamiarze! Psychopata - to nie morderca, nie bandyta. Statystycznie ponad 95% więźniów to tzw. normalni, a nie psychopaci. Psychopaci mają różne wyjątkowe talenty i bardzo rzadko bywają bandytami - bez porównania rzadziej niż nie-psychopaci. Ania powinna zrobić research i uświadamiać czytelników! Jak każdy pisarz!

 

156. "Gerda" Adrian Macho

Przepiękne książeczki dla dzieci, tzn. wcale nie mam pewności, czy dla dzieci - dzieci tak pięknie nie tworzą ani nie doceniają sztuki niestety, a tu są wyjątkowe ilustracje, a do tego - w przypadku "Gerdy" - są wydrukowane na zwykłym papierze, nie na kredowym! Czyli da się drukować piękne kolorowe ilustracje na tanim papierze! Dlaczego wydawcy robią to tak rzadko? "Gerda" jest tłumaczona przez Maję Lidię Kossakowską! A ilustracje są tak cudne, że nie mogę oderwać od nich oczu. Są tak zrobione, że wyglądają na 3D. Treść pozostawia trochę do życzenia - podtrzymuje mit, że Eskimosi nadal mieszkają w igloo, a wiem, że mają już dość tych zabobonów. Od dziesięcioleci to już przecież nie jest aktualne.



 

157. "Najpiękniejszy ogródek Borsuka" Marsha Diane Arnold

I tu też przepiękne ilustracje - ale to już oczywiste, bo tylko dla nich wypożyczam książki dla dzieci, żeby poznawać nowych ilustratorów, artystów. Te książki są jak komiksy! I tu nie mogę się przyczepić do treści. :)




 

158. "Odwagi, zajączku" Nicola Kinnear

To też pięknie ilustrowana książeczka, ale już w tytule, na okładce, błąd! Treść też z mankamentem. Opowiada o przyjaźniących się zajączkach. Jeden obraża się na drugiego tylko dlatego, że ten boi się wyjść z domu. I zamiast mu pomóc przełamać ten strach, zostawia go samego i biedak sam musi przełamywać lęk. Tak nie robią przyjaciele!

 

159. "Zranić marionetkę" Katarzyna Grochola

Wow, nie spodziewałam się po Grocholi tak dobrego kryminału! Był najlepszy z tego miesiąca, a przeczytałam ich sporo. Natan i Weronika przypadli mi do gustu, świetne postacie, życzyłabym sobie dalszych tomów! Bo mam nadzieję, że to będzie cykl, a nie tylko pojedynczy wypadek przy pracy. :)

 

Jedyne, co mnie zirytowało, to znowu - utwierdzanie bzdurnych i bardzo niebezpiecznych stereotypów: ChAD nie powoduje, że ktoś staje się mordercą!!!! Jak można w ogóle coś takiego sugerować?! Jak PISARKA może coś takiego sugerować, wiedząc, co ludzie z tym potem zrobią, jak wykorzystają, żeby krzywdzić ludzi i tak już cierpiących, bez powodu. Niewybaczalne!

 

nic ją nie obchodzi, mamy takie same zdanie

 

160. "Książę w cukierni" Marek Bieńczyk 

Prześliczna historyjka o szczęściu Wielkiego Księcia z jeszcze piękniejszymi ilustracjami Joanny Concejo.

 

161. "Wilczki" Józef Wilkoń & Svenja Herrmann 

Dziś był dzień książek obrazkowych - to kolejna z cudownymi ilustracjami, tym razem Wilkonia. Jego zwierzęta, las, woda to absolutne cuda!




poniedziałek, 31 sierpnia 2020

49


132. "Ruiny czasu" Wiesław Jaszczuk & Dariusz Czaja
Arcyciekawe rozmowy dwóch ciekawych osobowości o filmach, teatrze, balecie, muzyce, przekładzie, literaturze, Eleusis itd. Na sam koniec Jaszczuk zburzył całe dobre zdanie, jakie o nim miałam, twierdząc, że ateizm jest nieracjonalny. Jednak rozległa wiedza nie powoduje, że człowiek mądrzeje.

Tropy: filmy Bergmana (nie wszystkie widziałam!) i Yasujiro Ozu, "Gepard" Lampedusy w tłum. Kasprzysiaka, Maryla Falk, Heubeck: uprawomocniony subiektywizm

Moi polihistorzy (tylko tylu, ile mi się od razu przypomniało pod wpływem tej książki): Ireneusz Kania, Cezary Wodziński, Jędrzej Polak, Krzysztof Rudowski, Krzysztof Rutkowski, Tadeusz Komendant, Marek Bieńczyk, Bohdan Pociej, Dariusz Czaja, Stefan Chwin, Paweł Huelle, Jolanta Brach-Czaina, Walter Benjamin, Emil Cioran, Gabriel Liiceanu, Anne Fadiman, Barbara Łopieńska, Karl Kerenyi, Wojciech Karpiński, Michał Paweł Markowski

133. "Świt, który nie nadejdzie" Remigiusz Mróz
Wyjątkowo ciężko czytało mi się tę książkę, co mnie mocno zdziwiło, bo Mróz przyzwyczaił mnie do tego, że jego książki czyta się błyskawicznie, nawet jeśli są słabe - to i tak wciągają. Ta niestety nie, mimo że temat mi bliski, bo klimaty przedwojennej Warszawy uwielbiam. Kalinowski tak cudownie o niej pisze! U Mroza wiedza o tym, że to Warszawa przedwojenna, jest do niczego niepotrzebna, bo Warszawa nie jest bohaterką książki, a szkoda. Nie ma słowa o mieście, za to jest masa zbędnych szczegółów - na co mi wiedza, kto produkował pistolet, z którego ktoś strzela, i ile mieści nabojów w bębenku, skoro ta wiedza nie wnosi nic do lektury? To - nomen omen - strzelba, która nie wystrzela i takich strzelb jest tu mnóstwo. Coś tu nie wyszło. Wolę kryminały cykliczne.

Ale podoba mi się - bardzo! - że autor już w tytule zdradza zakończenie!

będę potrafiła?! Co za okropna moda ostatnio panuje, żeby takie byki wprowadzać do książek. :(

134. "W cieniu prawa" Remigiusz Mróz
Tym razem to coś w stylu kryminału retro, lata 1910. I jest to znacznie lepsze niż "Świt", choć fabuła jest tak pokręcona jak w komedii kryminalnej, ale autor chyba nie chciał, żeby to jednak była komedia. Podobali mi się bohaterowie. I - co się rzadko zdarza - także happy end.

135. "ja, czyli Ja" Krystyna Piotrowska & Agnieszka Taborska
Katalog wystawy kolaży Krystyny Piotrowskiej. Rozczarowały mnie gabaryty tego katalogu, bo to taki cieniuteńki katalożek, a cena jakby to był wielgachny album. Ale same kolaże są przepiękne, bardzo w moim stylu. Chętnie zapoznam się z inną twórczością autorki!

Schopenhauer mawiał, że ten, kto częściej mówi "ja", ten jest głupszy.




136. "Dziennik roku chrystusowego" Jacek Dehnel
Czytam ten dziennik, podążając za tropami, przeglądam obrazy de Chirica, a w tle leci "Only Lovers Left Alive" Jarmuscha.

Świetny pomysł na dziennik, ale czuć, że pisany na zamówienie, jakby autor chciał na siłę zabawić czytelnika. To nie jest jego prawdziwy dziennik, jak kiedyś się pisało, i to czuć. Szkoda, aczkolwiek czyta się świetnie, bo autor ma dobre pióro, i nawet trudne tematy umie poruszyć tak, żeby się chciało przeczytać i przemyśleć; i jak zawsze poznanie czyjegoś punktu widzenia i czyichś spostrzeżeń mnie ciekawi. Na początku przez chwilę brzmiało to trochę jak bernhardowski strumień świadomości (i być może celowo, bo później autor wspomina, że pisząc ten dziennik, czyta właśnie Bernharda), ale potem na szczęście przestało. Jest całkiem niezły, choć pokazuje takiego Dehnela, jakiego trudno polubić. Ale ma ciekawe spostrzeżenia i ciekawe życie. I pokazuje, że nie trzeba wcale pisać prywatnie i wałkować bebechów, żeby było ciekawie.

Lubię jego opisy podróży, zwiedzania, muzeów, ale nie lubię opisów ludzi. Bardzo często w opisie ludzi musi koniecznie dodać coś złośliwego, np. nie wystarczyłoby napisać, że knajpę prowadzi para lesbijek, albo nawet para starszych lesbijek, musiał, koniecznie musiał napisać, że to były podstarzałe lesbijki. Niepełnosprawni to też nie niepełnosprawni, tylko inwalidzi. Fan to "niski facecik", ktoś inny to "długonoga lalunia" albo "z lotniska odbiera mnie rozrosła Polka" (ktoś mu robi przysługę, a on za to tego kogoś obraża; w oczy pewnie kłamie, że jest wdzięczny) itp. To są pejoratywne określenia, więc dla ludzi, którzy nic złego nie zrobili, którzy nie są czarnymi charakterami - obraźliwe. Po co obrażać kogoś, kto na to nie zasłuży? I to jeszcze z taką lekkością, jakby to było normalne?

Huelle, Robin i wszystkie odmienne nazwiska i imiona się odmieniają! Ale Crabtree się akurat nie odmienia!
Dziadoskie, czyli zamiast czy li, skład tragiczny, na każdej stronie po kilka takich kwiatków: prz-erzedzające, Kubrick-iem, ustaw-ionych, obdar-zonym

Tropy: Giorgio de Chirico (i właśnie konie najbardziej mi się u niego podobają; budynki w jakimś stopniu przypominają mi Hoppera)

"Skłonna była wybaczyć wszystkie przekroczenia prawa, które nie skutkowały cudzą krzywdą, miała za złe każdą krzywdę, nawet jeśli była zgodna z prawem. Od rzeczy dużych po małe".

Od tygodnia mam krew w pocie, co zdarza mi się pierwszy raz w życiu, a w tej chwili czytam: "Hematohydrozja, czyli krwawy pot, występuje niezwykle rzadko: przy stresie granicznym, ale nie panicznym, jakby siła, która nie może ujść w krzyku, w rozpaczy, w miotaniu się, rozrywała naczynia krwionośne tak, że krew przenika do gruczołów potowych".

"Po drodze czytałem Rzeczy nienasycone Czcibor-Piotrowskiego; poleciła mi je Beata Stasińska za ostatniej wizyty na Foksal; wprawdzie nie mogła znaleźć egzemplarza, żeby mi go podarować, ale gorąco polecała; kupiłem więc. Dziwna, dziwna książka. Zesłanie i dzieci – samograj, wiadomo, w dodatku ze wspomnień własnych. I do tego... chciałem napisać „budząca się seksualność”, taki banał strzelić, ale przecież jaka tam budząca, to jest seksualność dzika i rozbudzona do granic możliwości, dzieci polskie, żydowskie grzmocą się jak burza nad rżyskiem, strach przewrócić kartkę, że zaraz będzie kolejna scena seksu. A są to sceny nieinteresujące w większości, ale chyba bardzo ważne dla autora – wyglądają, zwłaszcza przez swoją totalność, przez ciągłe powracanie do opisów dziecięcych ciał, kompulsywnie, jak urywki z powieści porno".

"Wynalazek darmowych rozmów telefonicznych zniszczy naszą cywilizację".

"Czytam z wielkim mozołem, czytam, bo muszę, Ostatnie rozdanie Myśliwskiego, co dziesięć stron przysypiam; męczy mnie koszmarnie to nagromadzenie komunałów, myśli z pozoru tylko głębokich, w rodzaju „ach, czy człowiek może być wolny”. Może, nie może – jaki pożytek z tego ustalenia? Opisać – ha, opisać wolność, brak wolności, to są zadania dla literatury, a nie głodne jednoznacznej odpowiedzi dylematy".

Trochę mnie przeraża ten fragment: "I jeszcze to: kto dziś w Polsce, poza biskupem, na określenie podrywania, romansowania, seksu użyłby słowa „lgnięcie”? Przecież to jest jakieś średniowiecze językowe, to w ogóle koło żywej polszczyzny nie leżało".

137. "Młodszy księgowy" Jacek Dehnel
Zbiór tekstów o książkach, bardzo nierówny. Nie uważam oczywiście, że żaden pisarz nie ma prawa pisać czasami słabiej, ale jak się robi wybór tekstów tematycznych, to chyba powinno się wybrać te najlepsze.

Tu znowu "matka kaleka" - za co Dehnel tak nienawidzi ON?!

Zawsze mnie rozbawia, kiedy ktoś, kto pisze taką prozę, jednocześnie nie umie dostrzec kiczu własnych wierszy. Krytykuje innych wydających poezję - że większość wierszy ukazuje się niepotrzebnie - ale sam te niepotrzebne wiersze/utwory wierszopodobne publikuje. Bo są jego. Podwójne standardy.

138. "Poza światłem" Wojciech Kuczok
Mikrodziennik grotołaza i podróżnika, bez dat. Napisany sprawnie, jak to u Kuczoka, ale jakoś mało interesująco. Najbardziej podobał mi się fragment, kiedy autor pisze, że nie ryzykuje bez sensu, jak to ma w zwyczaju wielu wspinaczy. Że woli żyć brzydko, niż "umrzeć pięknie", że w ogóle nie podoba mu się ten mit pięknej śmierci wspinacza. Że woli wykopać nowe wyjście z jaskini, niż wracać tym, w którym były pająki. Książka zawiera wiele zdjęć, szkoda, że B&W, ostatnie właśnie przedstawia pająka. Autor, który sam ma arachnofobię, postanowił zrobić na złość innym, żeby też cierpieli. Ech, ale to złośliwe. Więc ja ostrzegam - jeśli ktoś ma arachnofobię, niech nie czyta.

pod rząd

Powiedzenie "do widzenia" albo zapytanie "czy się gdzieś widzieliśmy" nie jest gafą wobec osoby niewidomej. Mitygowanie się z tego powodu - jest.

139. "Osiedle RZNiW" Remigiusz Mróz
Jaka dziwna książka! Napisana dziwnym językiem, treść też dziwna, trudno powiedzieć, czy to jakiś horror? Fantasy? Autor sobie wymyślił, że to halucynacja morduje, kradnie, wysyła wiadomości. Halucynacja! Dostała nagle kształtu fizycznego i robi fizyczne, realne rzeczy. To tak jakby mój halunowy różowy słoń ze szpitala nagle zaczął robić materialne rzeczy, np. ukradłby mi komputer. Bo u Mroza halucynacja robi autentyczne rzeczy! Nie zrozumcie mnie źle. Bohater nie ma osobowości wielorakiej i to nie jego wielorakie osobowości to wszystko robią. Bohater ma halucynację. Wyhalucynował sobie Sojóza i to halucynacja naprawdę morduje i kradnie. Takie rzeczy to tylko w fantasy chyba?

Inne wydawnictwo, a byków tyle samo! na wixie, w wixiarniach

140. "Dziki robot" Peter Brown
Przeurocza bajka dla dzieci - niby tych najmłodszych, ale jednak dla tych mądrzejszych, bo wymaga długotrwałego skupienia i myślenia. Ma ponad 250 stron tekstu, a nie same ilustracje. Dużo mądrości w tej bajce i postaciach, za to nie ma moralizowania. Ilustracje są prześliczne, ale w oryginale, bo w tym wydaniu zepsuto ich jakość drukiem czarno-białym.



wtorek, 18 sierpnia 2020

48


118. "Pokaż mi swoją bibliotekę" Aleksandra Rybka
Ta książka to w zasadzie nie zbiór wywiadów, a ankiet czytelniczych, przypominały mi ankiety Giedroycia z "Kultury", które zadawał znanym pisarzom (a potem w listach dopominał się, np. u Bobkowskiego, o wypełnienie). Ankiety dotyczyły domowych biblioteczek i zwyczajów czytelniczych i były tym ciekawsze, im ciekawszy był rozmówca. Niektórzy z nich bardzo mnie rozczarowali. To ciekawe, że najwięcej do powiedzenia o czytnikach (złego oczywiście) mieli ci, którzy najmniej o nich wiedzieli. Ci sami mieli bardzo zamknięte, sztywne umysły, aż nie do wiary, że pisarz może mieć tak usztywniony umysł, tak sztywne, ukierunkowane myśli, bez żyłki ciekawości czy choćby uczciwości nakazującej sprawdzić to, o czym się ma zamiar pisać/mówić. To bardzo podważa ich wiarygodność jako pisarzy. No i to wstyd!

Mimo wszystko czytało się całkiem szybko i wynotowałam wiele tropów, także znanych mi już, ale takich, do których chciałabym po latach wrócić.

Okładka tej książki okazała się idealna, żeby ją zalterować! Nie wiem, czemu nie robiłam tego wcześniej, przecież alterowanie okładek dzienników, art journali, smashów, notatników jest takie normalne i oczywiste, więc czemu inaczej miałoby być z książkami? Szkoda, że nie mogłam znaleźć crazy szczurów, ale crazy dogs też są ok!
                       
Tropy: Patricia Highsmith, Lucyna Kirwil, Sylwia Chutnik: kolaże i Barłóg Literacki na YT, Henry Purcel Fantazja na zespół viol da gamba, Jan Dismas Zelenka, Michał Cichy, "Pani Bovary" w tłum. Engelkinga; Mikołajewski o Ginczance; "Karolcia", Jakub Szamałek, "Dzika biblioteka", "Mio, mój Mio", "Za złotą bramą", Yee-Lum Mak, Gorey, Julian Barnes, Lodge, "Narzeczona Schulza", "Tłumacz między innymi", Sabato, "Fantastyczny atlas Polski", Łazarewicz, A. Kościów, Kosik "Różaniec", BukBuk.pl, odświeżyć Cortazara, "Wynaleźć samotność", Lisa Halliday "Asymetria", "Bierny wampir" Luka, Bargielska, poeci: T. Bąk, "Dziecko z darów", Maciej Robert, "Atlas wysp odległych", "Przygody Alinki w krainie cudów"

"Jeżeli czytasz to samo co inni ludzie, potrafisz myśleć tylko tak jak oni". H. Murakami
                       
"Dzieci mają taką przypadłość, że nawet jeśli nie marudzą czy nie płaczą, wydają mnóstwo dźwięków". A. Gęścińska

"Romans z literaturą jest poliamoryczny. To taka szczególna więź miłosna, w której ma się zastępy kochanków i nikt nie ma o to pretensji". J. Jarniewicz


119. "Księgarenka przy ulicy Wiśniowej" antologia
Początkowo sądziłam, że to będzie jedna historia - każdy rozdział pisany przez inną autorkę. Ale to jest zbiór oddzielnych opowiadań, których punktem wyjścia jest właśnie likwidowana księgarenka Alojzego. Każdy z bohaterów otrzymuje od niego jakąś ważną książkę, która zmienia jego życie. Opowiadania są dość różne, i lepsze, i gorsze (od razu wiem, czyich książek nie czytać - tak, aż tak), występują w nich też dzieci i święta, czyli to, czego najbardziej nie lubię, jeszcze tylko kotów brakuje - i nie każdy taki temat dźwignął. Bo żeby o świętach i dzieciach napisać dobry tekst, to trzeba niemałego talentu, świetnego pióra i doskonałego pomysłu. Trzeba mieć wszystkie 3, a nie każdy autor to ma. Jednak wystarczająco wielu autorów z tego tomu miało wszystkie 3 cechy, żeby postawić 4. :) Muszę też zaznaczyć, że taką antologię lubię znacznie bardziej niż taką składającą się z opowiadań zupełnie ze sobą niezwiązanych.

"Człowiek bez książek jest jak snajper bez lunety. Nie widzi celu". R. Mróz

120. "Dobrze się myśli literaturą" Ryszard Koziołek
Eseje o książkach i literaturze - całkiem ciekawe i pełne tropów.

Tropy: Aniela Pająk "Autoportret z córką" (kochanka Przybyszewskiego), Stanisława Przybyszewska, Bieńczyk (nowe książki, których nie znam!)

121. "Aseksualność. Czwarta orientacja" Anna Niemczyk
To pierwsza w moim życiu książka o aseksualności. Do tej pory nie wiedziałam, że jestem jakaś inna w tym zakresie, że aseksualność to problem, że można go wyolbrzymiać, że wymaga wyautowania i specjalnych stowarzyszeń. Na litość boską, to normalna rzecz! Normalna orientacja! Czy seksualiści się wyautowują? Nie? To po co aseksualni mieliby to robić? Nie rozumiem takiego podejścia. Cieszę się, że książka powstała, bo społeczeństwo mamy w Polsce średniowieczne i wstyd mi w takim żyć (i za to wysoka ocena), ale to właściwie wszystko. Nie dowiedziałam się nic nowego - same znane i oczywiste rzeczy. Nie zdziwiło mnie, że wielu aseksów nie identyfikuje się z organizacjami LGBTA, skoro te organizacje z zasady opierają się na seksie, a nie na jego braku - rozumiem ich doskonale, to logiczny argument! Ciekawe były opowieści ludzi i fajnie, że autorka porozmawiała ze specjalistą, ale najczęściej byłam zszokowana, czytając tę książkę:
1. Szok, że sami aseksualiści stwarzali sobie tyle problemów, których by nie mieli, gdyby ich nie stwarzali.
2. Szok, dlaczego w ogóle autorce przyszło do głowy, żeby pytać o zdanie... księdza?!
3. Szok, że ksiądz ukrywa swoje imię i nazwisko.
4. Szok, że forum AVEN jest tak bardzo ukryte przed aseksualistami, że google go nie znajduje, a podobno jest to forum właśnie dla nich!
5. Szok, że autorka - psycholożka przecież! - nie wie, że as to ASperger! I że statystycznie to właśnie asy częściej są aseksualne niż NT (nie ma o tym ani słowa, nie ma też historii żadnego aseksualnego ASa).
6. Szok, że ludzie z szarej strefy nadal są nazywani aseksualistami, mimo że nimi nie są.
7. Szok, że środowisko LGBT wyklucza i dyskryminuje A jako "nieprawdziwych", a przecież to właśnie oni sami nie są "prawdziwą" mniejszością! Polacy to w jakichś 99% właśnie seksualiści, więc jak mieliby być mniejszością?!

Tropy: forum AVEN

122. "Manaslu" Monika Witkowska
Pamiętnik z 2-osobowej kobiecej wyprawy na Manaslu. Całkiem nieźle się czytało. Choć może książka nie jest napisana dobrym językiem (już tyle w życiu czytałam, że nie zgadzam się na zejście poniżej pewnego poziomu, niestety pisarze się nie wspinają, więc książki o wspinaczce na ogół są napisane słabo), ale to pamiętnik, blog, więc taki język można trochę dopuścić. Sporo tu ciekawych spostrzeżeń, osobistych wrażeń, których zawsze brakuje mi w książkach o wspinaniu pisanych przez facetów. Oni są jacyś ślepi, niemal nigdy nie piszą o niczym ważnym. Monika natomiast zaspokaja ciekawość laika i opowiada o drobiazgach dnia codziennego w górach albo o kradzieżach, których dopuszczają się Szerpowie (czemu dotąd nikt o tym nie pisał?). I wszystko na bieżąco, z dnia na dzień, a nie wiele dni po fakcie. Do tego przepiękne zdjęcia!

123. "Moc uczuć. Wstyd" Katarzyna Miller
Książeczka dla najmłodszych dzieci o różnych aspektach wstydu. Fajnie, że takie książeczki piszą psychologowie, którzy wiedzą, co piszą.

124. "Nasz azyl" Marta Józefczyk
Zamówiłam tę książkę w zasadzie tylko dla przepięknych ilustracji, bo historię Żabińskich, zoo i ratowania ludzi znałam już z książki oryginalnej (i polecam!).

125. "Znikanie" Izabela Morska
Filipiak opisuje swoje roczne zmagania z... chorobą? Sama nie wiem, jak to nazwać, cały czas czekałam na jakieś silne objawy, bo autorka tworzy nastrój grozy, jakby działo się coś niezwykłego, a te objawy, które opisuje, w ogóle na to nie wskazują (to objawy, które w EDS6a ma się na co dzień i się je ignoruje, bo gdyby się chory zajmował każdym bzdetem, to pewnie by umarł ze zgryzoty, więc zajmuje się tylko najgorszymi objawami, uniemożliwiającymi życie). Nie mogę uwierzyć, że taka 500-stronicowa kniga powstała tylko dla... boreliozy. Wszystkie opisane objawy to objawy, z którymi się żyje, a nie umiera, a już tym bardziej nie histeryzuje się. Nie mogę uwierzyć, że dla psychosomatycznych objawów autorka chciała wyzyskać system orzecznictwa dla ON, dobrze, że nie zabrakło na jej drodze także uczciwych ludzi i lekarzy, którzy jej uzmysłowili, że to niemoralne (i sama się do tego przyznaje). Mam nadzieję, że Dragona, program do pisania dla ON, przekazała jakiejś naprawdę potrzebującej osobie i uświadomiła sobie, że ON muszą tak żyć na co dzień i zmagać się z takimi niedorobionymi programami, a nie mogą sobie wmówić, że są zdrowi - i wyzdrowieć na zawołanie, jak autorka. Nie mogą też pracować, prowadzić auta, wychodzić z domu, chodzić na tańce, wyjeżdżać zagranicę na rozmaite stypendia, chodzić po schodach, ubierać się samodzielnie, nie mają siły na leczenie i użeranie się z NFZ i lekarzami.

Zabrakło mi zakończenia - tak naprawdę nie było nawet diagnozy boreliozy, a objawy same minęły, bez leczenia, jakby psychiatrzy, z którymi autorka rozmawiała, mieli jednak rację i to wszystko to tylko psychosomatyka. Inaczej przecież nie znikłoby samoistnie. Ocena wysoka, bo autorka sprawnie opisała realia NFZ, odzywki lekarzy, ruletkę absurdalnych badań, zamiast normalnej diagnostyki i leczenia. W tym przypadku to była psychosomatyka, ale lekarze używają tego rodzaju odzywek i oszustw również wobec naprawdę ciężko chorych ludzi! Marzę o takiej książce napisanej przez osobę z EDS6a, ale one są w zbyt ciężkim stanie, żeby coś takiego napisać.

"Jednak uporczywie wywołuje mi się w pamięci scena z obozowego filmu, kiedy więźniowie przechodzą przez selekcję i ma się tylko kilka sekund, żeby powiedzieć: Jestem tłumaczem, znam niemiecki, grecki i włoski. Albo: Umiem grać na skrzypcach, grałam w orkiestrze narodowej. W tym momencie i w każdym późniejszym nie wolno nam oglądać się na tych, którzy zostają z tyłu. Bo system medyczny, który właśnie nas przetwarza, jest jak ten w Auschwitz. Przetrwają go tacy, którzy dostają paczki od rodziny, potrafią wzbudzić sympatię, mają talent do nawiązywania znajomości, potrafią tworzyć sieci wsparcia, pionowe, te z lekarzami, ordynatorami, oraz poziome, z innymi pacjentami, mają refleks i potrafią się zmobilizować w ekstremalnych sytuacjach, zachomikowali sobie przedmioty, które mogą okazać się cenne dla innych, mają wolę, żeby zbierać półsłówka, wzmianki, wskazówki i układać sobie z nich przewodnik".

[A ja jestem dumna, że się oglądam, i nie tylko oglądam, ale i podaję rękę, pomagam wejść na mój schodek, dzielę się wiedzą, ratuję komuś życie; nie zdziadziałam, nie stoczyłam się nawet w czasie stałego zagrożenia życia i zdrowia; nawet jeśli nie mam szans]

126. "Moc uczuć. Radość" Katarzyna Miller
Kolejna książeczka z serii "moc uczuć", równie dobra jak poprzednia.





127. "Przyjaciele myszki marudy" Steve Smallman
Czytałam tę książkę wyłącznie dla ilustracji, ale okazało się, że treść też niczego sobie. Pokazuje najmłodszym, że wielu wyzywa niewinnych kompletnie bez powodu, mimo że ci udowadniają działaniami, że na wyzywanie nie zasługują. Tu akurat tytułowa myszka jest wyzywana od marud, mimo że to właśnie ona jest uczynna i pomocna, i udowadnia to na każdym kroku, choć mogłaby olać małego borsuka, bo źle się zachował wciskając tyłek do jej domku. Niestety w życiu nie dostaje się tego, na co się zasługuje.

128. "Spod kozetki" Gary Small & Gigi Vorgan
Opowieści psychiatry o jego pacjentach z ciekawymi zaburzeniami. Porównuje się tę książkę do genialnych książek Sacksa, ale to porównanie jest o wiele za bardzo przesadzone. Czytało się ciekawie, ale to nie Sacks i nie ma żadnych do niego odniesień.

129. "Berdo" Anna Cieślar
Tytułowy Berdo to bieszczadzki kłusownik, zaprzeczenie dobrego człowieka. Jego syn, 7-letni Radek, tę "dobroć" odziedziczył chyba po nim, mądrością też nie grzeszy. Jedyna pozytywna postać (ale nie czarno-biała) tej powieści to Szczurek, niby przyjaciel Berda, ale to bardzo dziwna przyjaźń. Bardziej wydaje się przyjacielem Radka. Cała historia to opowieść o więzi tej trójki. To byłaby znakomita książka, gdyby nie Radek, nie byłam w stanie go znieść, irytował mnie bardziej niż kłusownik i jakakolwiek inna postać jakiejkolwiek innej książki, w każdym razie nie mogę sobie nic gorszego przypomnieć.

130. "Złota karta" Rafał Kosik
Sięgnęłam po tę książkę z polecenia Agi Kolano. Ponoć świetnie naświetla sprawę pieniędzy, kart i wydawania - dzieciom. Ale tak nie było. Czytelnik jest traktowany, jakby był zwyczajnie głupi (przypisy!), brakowało jakiegoś morału, jakiejś głębi psychologicznej. Jedyny myślący dzieciak tu to Albert - bo akurat ma ZA (i chwali się, że autor nie nazywa go "chorobą", a Alberta "chorym" lub "cierpiącym"). Fabuła osnuwa się wokół baśni o Złotej Kaczce. Dzieci - podpisując umowę bez czytania jej! - zdobywają milion i muszą go wydać, ale w taki sposób, że wszystkie pieniądze muszą wydać tylko na siebie, i to w ciągu doby. Można było kupić ze 3 wypasione domy (albo udziały w fabryce, bo one chyba jednak kosztują więcej niż milion), żeby spełnić życzenie Kaczki, a potem zdobytym bogactwem podzielić się, z kim chcieli, ale nie, tylko Albert kupuje fabrykę maseczek, reszta zawala sprawę. I nie ma żadnych konsekwencji, nawet wedle baśni! Ani żadnej nauczki. Szkoda dobrego pomysłu.


131. "Ceremoniały" Andrzej Turczyński
Kupiłam tę książkę, zanim się zorientowałam, że osoba, która mi ją poleca, nie robi tego bezinteresownie, tylko zwyczajnie reklamuje, a w tej reklamie nie ma ani słowa prawdy. Wielka szkoda. Nie wiem, o czym są te eseje, bo po czytaniu nic nie zostaje w głowie, zwłaszcza że redaktor się nie popisał - nie podzielił tekstów na akapity. Jeden tekst = 1 akapit. W dodatku wydawca te bloki tekstu postanowił wydrukować czcionką dla krasnoludków czy innych mrówek, bo człowiek takiego maczku przecież nie przeczyta. Rozczarowana byłam już w momencie, kiedy autor napisał o "fiutku" sterczącym od moczu - really?! Czy to bajki dla 2-latków?


sobota, 8 sierpnia 2020

47

Sen z 25.07
Dystopia. Świat jak z filmów Tarkowskiego. Duży budynek, w środku ludzie i ja. Tylko ja wchodzę do środka w łaziku. Łazik wygląda trochę jak transformer albo jak robot z walk robotów. Nie jest zbyt duży, tyle, żeby człowiek się w środku zmieścił. Chodzę po budynku, próbuję się dostać do ludzi. Wychodzę z windy na każdym piętrze, biegam po schodach - i nic. Na każdym piętrze jest to samo! Widzę ludzi, ale oni mnie nie. Nie mogę też ich dotknąć, bo są jakby w innej rzeczywistości, jakby mnie od nich dzieliła szyba, ale ta szyba jest miękka i falująca jak tafla wody. Mimo to nie da się przez nią przejść.


Sen z 30.07
Odziedziczyłam? dostałam? ogromny wiktoriański dom w środku XXI wieku. Wewnątrz było jeszcze wiele pozostałości po meblach, zabudowaniach, głównie drewnianych. Spacerowałam po domu z jakimiś ludźmi (we śnie byli mi bliscy i życzliwi), testowałam, co się dało, i decydowałam, co może zostać, co wymaga remontu, a co demontujemy od razu. Niektóre rzeczy odpadały w czasie testów, np. ogromne 3-piętrowe łóżko, które chciałam zatrzymać, ale wyremontować, zawaliło się pod nami. :) Różne części odpadały od ścian.

W jednym z pokoi znalazłam ukryte drzwi, a za nimi wnękę z łóżkiem i umywalką - jakby się tam ktoś ukrywał. Postanowiłam to wyremontować, żeby nie niszczyć historycznego znaczenia tego miejsca.

Wiele było ruchomych części, obniżające się wysokie łóżko, poukrywane szafy i meble, które się otwierały po użyciu jakiegoś skobla czy zapadni. I wszystko jakby hydrauliczne, jak w teatrze, nie na prąd.


Sen z 31.07
Śniłam o Sarze, ale zupełnie nie pamiętam fabuły ani emocji.


Sen z 5.08
Bardzo dziwny sen, w zasadzie to wydawało mi się, że to prawda. Leżałam na łóżku, sama, odkryta, w piżamie, we własnym pokoju, ale ten pokój miał bardzo wysoki sufit, tak z 10m. W lewym górnym roku nad łóżkiem przez kamerkę patrzyli na mnie nauczyciele z liceum - oni widzieli mnie, a ja ich, z tym że ja wiedziałam, że to oni mimo tak maleńkiego i oddalonego ekranu, ale nie miałam pewności, czy oni wiedzieli, że to ja. Widzieli kogoś na łóżku, kogoś w ciężkim stanie. Nie mogłam się poruszyć, choć było mi zimno. Kiedy się obudziłam, okazało się, że wszystko było tak jak we śnie, tylko nie było kamerki pod wysokim sufitem.


Sen z 6.08
Bardzo ciasna latka schodowa jakiejś rudery, na podłodze gruz, stare żyletki i strzykawki. Jestem z jakąś narkomanką. Ja nie biorę, ale ona tak. We śnie wydaje mi się, że ona jest mi bliska, jakby była moją przyjaciółką; czuję, że jeśli chcę, żeby była w moim życiu, to muszę ją brać taką, jaka jest, nie próbować zmieniać na siłę.

Nagle czujemy jakieś niebezpieczeństwo, jakby ktoś chciał nas dopaść i zabić. Drzwi do korytarza są zamknięte, walimy w nie, ale nie dają się otworzyć. Kiedy nam się to udaje, okazuje się, że za drzwiami jest maleńkie pomieszczenie, w którym z problemami zmieściłyby się może ze 2 osoby, ale jest zajęte przez wciśnięty materac i jakąś dziewczynę, która na nim jakoś dziwnie półleży i nie chce się odsunąć ani nam pomóc odsunąć materac. Kopiemy w ten materac, żeby się przesunął, jakaś żyletka rozcina mi jeden z palców u nosi prawie na pół. Ból jest jak prawdziwy - dobrze, że się budzę. Jeszcze długo po obudzeniu go czuję.


Sen z 8.08
Wynajmuję mieszkanie na spółkę z kimś, kogo nie ma akurat w domu. Mieszkanie jest duże, bardzo ładne, umiejętnie łączy stare meble z nowoczesnością, ma ciepły klimat i mnóstwo niestandardowych zaułków, a część z nich stwarzają niestandardowo ustawione meble. Bardzo mi się ono podoba. I podobam się sama sobie - moje ubranie, mój wygląda. Jestem też tam szczęśliwa.

Przychodzą tam do mnie jacyś ludzie, którzy niby zaczynają jakąś imprezę. Zwracam im uwagę, że mają nie wchodzić na część mieszkania, która nie należy do mnie, nie dotykać cudzych rzeczy, nie niszczyć też tego, co nie należy do mnie, ale oni nie słuchają. Mimo że za nimi chodzę i staram się ich upilnować, ich jest za wielu i nie mogę upilnować wszystkich. Ktoś psuje drogi sprzęt grający w cudzej części mieszkania, ktoś inny usiłuje mi wmówić, że powinnam się ubierać inaczej. To niemal sen o matce. Ona w realu robi to, co ci wszyscy ludzie razem wzięci robili we śnie. Czar prysł, zamiast radości, którą czułam w tym cudnym mieszkaniu, jest strach i chęć zabicia się - nawet to jest takie samo jak konsekwencje zachowania matki w realu.

W drugim śnie właśnie skończył się rok szkolny. Pakuję dla Żwira zabawki. Ale to wyjątkowe zabawki, duże gabarytowo, każda sięga mi minimum do pasa lub piersi. W dodatku one żyją i są agresywne. Za to, że Żwiro chciał wziąć do domu tylko część z nich, reszta postanowiła mnie zaatakować, i to tak na poważnie, autentycznie zrobić mi krzywdę.

Te, które Żwiro chciał zabrać, pakuję do samochodu (samochód jest wielkością przystosowany do zabawek i trzeba go za sobą ciągnąć), sadzam je jak pasażerów. One też są żywe, ale łagodne. Te agresywne są znacznie brzydsze i czuję, że są agresywne właśnie dlatego, z zazdrości. Staram się je oszukać, że za rok Żwiro zorganizuje autobus i je też zabierze albo że wylosuje kilka z nich i zabierze autem jak tę część z nich teraz. Wcale nie chcą słuchać, a ponieważ są groźne, zaczynam uciekać.

Przez cały sen Żwiro się nie pojawił osobiście.









piątek, 7 sierpnia 2020

wtorek, 4 sierpnia 2020

45

No i ze wszystkich maseczek najlepsza okazała się chusto-maseczka z ali. Te polskie są koszmarne. Potwornie ciągną za uszy, jakby je chciały oberwać. I już po jednym wydechu parują okulary. Albo nie da się wziąć wdechu (i nie da się wytrzymać 5s bez wdechu!), albo wydechu. Po co robić takie bezużyteczne maseczki?! Koronawirus dał Polakom niepowtarzalną szansę na rozkręcenie wielu uczciwych biznesów, a zamiast tego ze wszystkich dziur powyłazili oszuści produkujący szajs. Mam 9 różnych polskich maseczek i wszystkie są bezużyteczne! Nigdy bym się nie spodziewała, że ta najbliższa używalnej będzie akurat z ali.


sobota, 1 sierpnia 2020

44

To mało, że nie mogę już normalnie rozmawiać. TO (to, co mnie złamało, a o czym jeszcze nie potrafię pisać) jeszcze dodatkowo nasila neuralgię wielonerwową. Chyba nigdy dotąd nie miałam aż tak silnej. Lewa strona twarzy, szczęka, policzek, szyja, lewy bark, żebra po lewej stronie - i to chyba jeszcze nie koniec.

Nie mogę otworzyć szczęki, mówić, gryźć. Neuralgia powoduje też większą niż normalnie nadprodukcję wydzieliny, która zawala mi nos, gardło, krtań, zatoki, lewe oko - powodując wszystkie objawy oczne, z którymi walczę od miesięcy neomycyną. Do kompletu makabryczne skutki uboczne dużej dawki neuranu.

Ból, mimo neuranu, nie pozwala mi rozumieć czytanej książki, oglądanego filmu. Nie funkcjonuję. Nie ma mnie.


Dzień drugi
W nocy nie znalazłam nic, kompletnie żadnej informacji o pogotowiu dentystycznym dla ON! Nie ma nic! Totalnie nic! Potrzebuję konkretnego pogotowia, takiego z karetką (albo transportem medycznym zabierającym wózki) i anestezjologiem, który nie będzie robił problemów, kiedy usłyszy o EDS6a. Czy ktoś z Was zna takie miejsce w Warszawie?

Dziś ząb ćmi, to nie jest duży ból. Bóle zębów mam niemal codziennie, należą do kategorii bólów, które się z zasady ignoruje. I ten ból też bym ignorowała, gdyby nie to, że zachowuje się jak ból głowy - powoduje neuralgię, i to neuralgię gigant. Takiej silnej, rozległej i trwającej tak długo nie miałam jeszcze nigdy.

Dziś ból nieco zmalał, ale objawy neuralgii i neuranu mieszają się i trudno je odróżnić. Co chwilę zasypiam. Jestem oderwana od czasu, pół przytomna. Mam problem ze wzrokiem - nie widzę normalnej wielkości czcionki, z której korzystam na co dzień, nie mogę czytać z ekranu, bo nie da się go przysunąć bliżej. Nie widzę też, co piszę. Mam zawroty głowy, chodzę, trzymając się, czego popadnie. Nasiliły się problemy oczne i zwiększyła się ilość niepotrzebnej wydzieliny z zatok. Przy każdym ruchu ból eksploduje, mniej boli tylko wtedy, kiedy leżę.

To kilka rodzajów bólu. Najsilniejszy jest ten, jakby ktoś mi rąbał szczękę na kawałki, i te nagłe eksplozje bólu po lewej stronie ciała, kiedy się poruszę.


Dzień trzeci
Dziś już na szczęście tylko migrena, mdłości, trochę efektów ubocznych neuranu. No i ból zęba, ale teraz nie powoduje neuralgii. Nigdy nie zrozumiem, na jakiej zasadzie to działa, a bez tego jak mam tego uniknąć?

Senność ogromna, choć nie wiem, z czego się bierze. Organizm tak reaguje na wyjątkowy ból? Obudziłam się o 16 i zaraz wracam do łóżka; organizm nadal śpi i zabiera mi tlen, spłycając oddech. Trzymajcie kciuki, żeby nie doprowadził do włączenia ACHS.

I jestem w szoku - mimo że prawo nakazuje dentystom wysłanie karetki po ON, w sieci nie udało nam się znaleźć ani jednej informacji o tym! Nie ma absolutnie żadnych informacji dla ON, gdzie mogą znaleźć nagłą pomoc dentystyczną. To kolejna sprawa do nagłośnienia, o której media milczą.


Dzień czwarty
O 7 rano obudziła mnie neuralgia z całym inwentarzem, więc wzięłam neuran w potrójnej dawce. Neuralgia nadal ćmi, ale neuran zrobił ze mnie pijaka. :/

Jak tylko wstałam, żeby się ogarnąć, ból eksplodował. :/ Głowa po lewej stronie zaraz mi pęknie. Mam wrażenie, że lewe oko mi zaraz wypłynie.

BTW, wczoraj napisałam do MCS. Raz mi odmówili, ale nie mieli prawa tego robić, więc spróbuję jeszcze raz... Tata by mi pomógł. Zawiózłby mnie i domagałby się pomocy. Matka tylko gada o pomocy. Zawsze wie, kiedy zniknąć.



2 dni później
Nieprzespana noc. Promazyna znowu nie działa. Po tym wszystkim, co się działo ostatnio, nadal do siebie nie doszłam i nie kontaktuję.

A do kompletu z półsnu wybudziło mnie uruchamianie kompa. Normalnie odpalił monitor i uruchomił się do końca! Przestraszyło mnie to, więc uruchomiłam skanowanie - ale komp odmawiał, a po chwili wywalił niebieski ekran. Musiałam zrobić twardy reset. O co kaman? Włamał mi się ktoś? Zdalnie uruchomił? Bo do tej pory owszem, komp sam się uruchamiał, ale to trwało tylko kilka sekund, nie odpalał przy tym monitora i od razu się wyłączał (to też dziwne, skoro ma ustawioną hibernację). A teraz pierwsze co, to odpalił monitor!